W Sareku miejsce na biwak wybierasz sam — nie ma chat STF, nie ma wyznaczonych pól namiotowych, nie ma drogowskazów. Dobry nocleg zaczyna się jeszcze przed zmrokiem, kiedy spokojnie idziesz, rozglądasz się i powoli czytasz teren. Decyzja podjęta w pośpiechu, już po ciemku, kosztuje zwykle nieprzespaną noc, mokry śpiwór albo zerwany namiot.
Jak czytam teren przed rozbiciem namiotu
Pierwsza zasada, której trzymam się dość niewzruszenie, brzmi: nigdy w dolince. W zagłębieniu zbiera się zimne powietrze i woda opadowa, a różnica temperatur między dnem doliny a niewielką płaskowyżem kilka metrów wyżej potrafi być zaskakująca. Szukam więc łagodnego wzniesienia, suchego wzniesienia albo kamiennej półki nad strumieniem — czegoś, co wystaje choć trochę ponad otoczenie.
Druga zasada to odpowiedni dystans od wody. Tak każe etyka parku narodowego i tak podpowiada zdrowy rozsądek. Zostawiam wodopój zwierzętom, omijam wilgoć, która po zmroku podpełza od jeziora, i nie psuję widoku nikomu, kto przyjdzie tu po mnie.
Patrzę też na roślinność, bo ona mówi o podłożu więcej niż jakakolwiek mapa. Borówka, porosty i niski wrzos to znak, że jest sucho, twardo, że można się rozbijać. Bawełnica z jej białymi kępkami i turzyce oznaczają torfowisko, więc idę dalej, choćby pod nogami wyglądało to przyjaźnie. Jasnozielony mech z kolei to gąbka pełna wody — wystarczy stanąć, żeby się o tym przekonać, więc lepiej omijać go z daleka.
Dłoń przyciśnięta do ziemi też nie kłamie. Jeśli pod naciskiem wypływa woda — to nie jest miejsce na noc, choćby krajobraz dookoła był najpiękniejszy.
Wiatr decyduje o wszystkim
W Sareku dominują wiatry z zachodu i z północnego zachodu, ale w dolinach skręcają wzdłuż rzeźby terenu i bywa, że wieje zupełnie skądinąd. Zanim wbiję pierwszą szpilkę, staję więc na chwilę, słucham i sprawdzam, skąd właściwie idzie powiew. Wejście namiotu odwracam zawsze plecami do wiatru bo nie chcę, żeby pierwszy poważny podmuch wpadł mi prosto do środka razem z deszczem.
Szukam naturalnej osłony: ściany skalnej, większego głazu, lekkiego załomu terenu. Uwaga jednak — nie biwakuję pod pojedynczymi drzewami, bo to gotowy odgromnik, ani pod kruchymi ścianami, z których lecą kamienie. Osłona to nie wszystko, co się pod nią mieści.
Wszystkie odciągi naciągam od razu, nawet jeśli wieczór jest zupełnie spokojny. Pogoda w Sareku zmienia się szybko, a niedociągnięty namiot to namiot, który w nocy zamieni się w latawiec. W mchu i piargach szpilki nie trzymają, więc dociążam je kamieniami — i traktuję to jako standard, a nie rozwiązanie awaryjne na ostatnią chwilę.
Sucho znaczy bezpiecznie
Wilgoć to największy wróg biwaku w arktycznym terenie. Wciska się od dołu, skrapla od góry, podkrada się przez tkaninę i potrafi w jedną noc zamienić ciepły śpiwór w mokrą szmatę. Folia podłogowa pod namiot, ten cały footprint, to nie luksus, tylko ochrona dna przed kamieniami i wodą gruntową.
Wentylację zostawiam otwartą nawet w deszczu. Zamknięty namiot produkuje przez noc całkiem sporo pary wodnej — rano znajdziesz ją skroploną na ścianach i na śpiworze. Lepszy delikatny przeciąg niż mokra puchówka, na której trzeba spać kolejną noc.
Mokre rzeczy zostają w przedsionku, nigdy w sypialni. Buty stawiam podeszwami do góry, żeby nie nabrały rosy. Plecak przykrywam pokrowcem przeciwdeszczowym nawet wtedy, kiedy niebo jest czyste — w Sareku i tak nie pozostanie czyste na długo.
Bez śladu — etyka biwaku w Sareku
Sarek to park narodowy, w którym obowiązuje zasada no-trace: po twojej nocy nie powinno być widać, że ktokolwiek tu spał. To nie filozofia, tylko bardzo konkretne zachowania, które po jakimś czasie wchodzą w nawyk.
Nie kopię rowów odpływowych wokół namiotu — to stara szkoła, która niszczy darń na długie lata. Nie używam kamieni z saamskich kopczyków ani z istniejących stosów, bo to ich miejsce, nie moje. Toaletę robię z dala od wody, daleko od ścieżek, papier wynoszę w szczelnym worku, a ostatnio korzystam z bidetu turystycznego. Jedzenie i pasta do zębów śpią w worku odsuniętym od namiotu — niedźwiedzie brunatne w Sareku są, choć rzadko podchodzą, i naprawdę nie warto ich kusić tylko po to, żeby się przekonać czy przyjdą. Renifery omijam szerokim łukiem; ich wydeptane szlaki w mchu poznasz po prostych, równoległych korytarzach i lepiej na nich nie biwakować.
Rano, przed wyjściem, robię trzy kroki w tył i przyglądam się miejscu noclegu. Jeśli widać, że ktoś tu nocował, zostaję jeszcze chwilę i poprawiam, co się da.
Wróć do porad