W Sareku nie ma szlaków, nie ma drogowskazów, a mosty policzysz na palcach jednej ręki. To znaczy, że twoje oczy muszą wykonać tę pracę, którą gdzie indziej wykonuje za ciebie ktoś z farbą i pędzlem. Czytanie terenu to nie żadna ezoteryka, tylko kilka konkretnych nawyków, które po dwóch, trzech dniach w dolinie wchodzą w krew. W tym tekście chciałem pokazać, jak rozpoznawać główne typy podłoża, na które natkniesz się w Parku Sarek, i co z każdym z nich zrobić, kiedy już stoisz przed nim z plecakiem.
Moreny — chaos, który ma swoją logikę
Moreny to wały gruzu i głazów, które lodowiec zostawił po sobie albo dopiero zostawia. Pod takimi lodowcami jak Mikkajekna, Suottasjekna czy Pårtejekna widać je z daleka: nieregularne, jasne, bez roślinności albo z nielicznymi kępkami mchu, jakby ktoś rzucił garść kamieni z nieba. W terenie najważniejsze jest jedno rozróżnienie.
Świeża morena czołowa to jasne, ostrokrawędziste głazy z dużą ilością drobnego materiału między nimi. Wygląda na chodliwą, ale głazy potrafią się obrócić pod stopą bez ostrzeżenia. Idę po niej powoli, stawiam stopę zawsze na największym, najbardziej osiadłym kamieniu i sprawdzam stabilność, zanim przeniosę ciężar ciała. Stara morena to z kolei głazy porośnięte mchem, porostami, czasem brzozą karłowatą — znak, że nic się tu nie ruszało od dziesięcioleci. Jest stabilna, choć po deszczu robi się śliska jak lód, więc to też nie miejsce na zbyt szybki krok.
Klasyczna pułapka, w którą wpada wielu początkujących: morena boczna często schodzi stromą rynną do potoku lodowcowego. W dół zejdziesz, w górę nie wrócisz, bo skała sypie się pod nogami przy każdej próbie powrotu. Zanim w ogóle zacznę schodzić, zawsze sprawdzam czy widzę przeciwległy brzeg i czy mam wyraźny plan wyjścia.
Torfowiska — czytaj kolor i roślinność
Torfowisko widać z odległości kilometra, jeśli wiesz, czego szukać. To jaskrawa, równa zieleń bez wystających głazów, czasem z metalicznym refleksem wody pomiędzy kępami. Im bardziej „trawnikowo” wygląda dolina pod tobą, tym ostrożniej do niej podchodzę.
Roślinność mówi tu właściwie wszystko. Wełnianka, z tymi swoimi białymi puchowymi kępkami, oznacza wodę po kostki, a często wyżej. Mchy torfowce z rodzaju Sphagnum, gąbczaste i miejscami rude, zapowiadają bardzo mokry teren, taki, w którym stopa zapada się grubo poniżej łydki. Brzoza karłowata, kiedy rośnie w gęstych, niskich łanach, często wyznacza pogranicze bagna; ten słynny „wierzbowy gąszcz” w Rapadalen to dobry przykład — z daleka wygląda na pas zieleni do przejścia, z bliska okazuje się być pułapką na pół dnia.
W Sareku trafia się także dużo tak zwanych aapa-mires — torfowisk wzorzystych, gdzie naprzemiennie idą wąskie grzędy i oczka wody. Grzędy są chodliwe, oczka mają jednak głębokość po pas. Z dystansu wygląda to jak pasiasty dywan, niemal dekoracyjnie. Jeśli widzę taki wzór, obchodzę górą, nawet jeśli oznacza to dwie godziny dłuższego marszu. Próba przejścia „na skróty” przez aapa to zawsze pomyłka, którą człowiek wspomina znacznie dłużej niż dodatkową godzinę w nogach.
Tundra i piargi — czytaj porosty
Tundra niska — mchy, porosty, wierzba polarna płożąca się przy ziemi — to najprzyjemniejsze podłoże, jakie tu znajdziesz. Sucha jest chodliwa jak dywan, mokra po deszczu zaczyna się ślizgać, zwłaszcza na pochyłościach, więc nawet na niej trzeba pilnować, gdzie się stąpa.
Piargi — pola luźnego gruzu u podnóża ścian skalnych i w polodowcowych „misach” pod szczytami — wymagają zupełnie innego nawyku, czyli czytania powierzchni głazów. Mam jedną zasadę, która sprawdza się właściwie zawsze. Jasne, czyste głazy bez porostów to świeży materiał, który ruszał się w ostatnich latach; trzeba więc zakładać, że ruszy się znowu pod stopą. Głazy ciemne, z plamami porostów, zwłaszcza tego żółtozielonego porostu mapowego, Rhizocarpon geographicum, nie ruszały się od dziesięcioleci. Są stabilne i można im zaufać.
W praktyce to prosty test wzrokowy: jeśli widzę pole jasnych, jakby „umytych” kamieni, schodzę z niego na bok, choćby drogą dłuższą.
Woda spod lodowca — kiedy nie wchodzić
Potok lodowcowy poznasz po kolorze: mleczny, szarobiały, czasem prawie zupełnie biały — to muł skalny, który niesie woda spod lodu. Takie potoki jak Rapaätno czy Mihkájåhkå wyglądają tak przez cały sezon, więc nie ma się co łudzić, że za zakrętem zrobią się czyste. Czysta, ciemna woda oznacza zwykle potok deszczowy albo torfowiskowy — taki reaguje szybciej na opady, ale rzadko bywa groźny.
Najważniejsza zasada Sareku, którą początkujący zwykle odwracają w głowie, jest taka: potok lodowcowy jest najniższy rano, najwyższy po południu. W słoneczny dzień między popołudniem a wieczorem może urosnąć dwukrotnie, a po dużym deszczu pik przychodzi z kilkugodzinnym opóźnieniem, kiedy człowiek już o burzy zdążył zapomnieć.
Nie wchodzę do wody, gdy jest mleczna i sięga powyżej kolan przy szybkim nurcie. Nie wchodzę też, jeśli słyszę dudnienie kamieni toczących się po dnie, bo to znaczy, że nurt niesie głazy, a głazy poniosą również mnie. I wreszcie nie próbuję przeprawy, gdy jest popołudnie słonecznego dnia, a brzeg, na którym stoję, wygląda na świeżo zalany — bo to wprost oznacza, że woda jeszcze rośnie.
W takich sytuacjach po prostu biwakuję i czekam do rana.
Wróć do porad