W Sareku pomoc nie przyjedzie po piętnastu minutach od telefonu, bo na większości tras żadnego telefonu po prostu nie zrobisz bo nie ma zasięgu, najbliższy szpital w Gällivare jest stąd dobre sto, może i dwieście kilometrów, a helikopter z Kiruny startuje wtedy, kiedy pozwoli mu na to pogoda, a nie wtedy, kiedy go potrzebujesz. Z mojego doświadczenia jako przewodnika wiem, że po wezwaniu SOS realnie czeka się od kilku godzin do nawet doby. To nie jest powód do paniki, tylko powód, żeby w miarę spokojnie wiedzieć, co zrobić w tej pierwszej godzinie, zanim w ogóle zacznie się jakakolwiek akcja ratunkowa.

Ten poradnik nie zastąpi ani porządnego kursu pierwszej pomocy, ani szkolenia wilderness first aid – nie taki ma cel. Chcę raczej pokazać, jak sam myślę o urazach w terenie i czego warto się nauczyć przed wyjściem w Sarek na kilka dni.

Najczęstsze urazy w Sareku – i jak je rozpoznać

Przez lata zauważyłem, że wbrew lękom, z którymi przyjeżdżają turyści, dramaty zdarzają się naprawdę rzadko. Z perspektywy grupy statystyka wygląda mniej więcej tak.

Numerem jeden jest skręcenie kostki. Sarek to kamienie, kępy trawy, które po szwedzku nazywają tuvor, i mokradła – wszystko to, na czym łatwo postawić stopę w złym miejscu. Najczęściej dzieje się to pod koniec dnia, gdy nogi są już zmęczone, a do najbliższej drogi jest spokojnie kilkanaście, może dwadzieścia kilometrów.

Tuż za kostkami chodzą pęcherze i odciski. Brzmi banalnie, ale potrafią wstrzymać marsz całej grupy. Po dwóch dniach źle dobrane buty wyłączają człowieka skuteczniej niż grypa.

Trzecia rzecz, której się spodziewam, to łagodna hipotermia. Wystarczy długi deszcz, wiatr i kilka stopni powyżej zera. „Łagodna” oznacza, że człowiek drży i zaczyna ruszać się wolniej. Jeśli drżenie ustaje, a do tego dochodzi dziwna senność albo splątanie – to już hipotermia umiarkowana i sytuacja, w której bez wahania wzywam pomoc.

Do tego cała codzienna drobnica: skaleczenia, otarcia od pasa plecaka, oparzenia od kuchenki. Wszystko to wygląda niewinnie, ale zostawione bez opatrunku potrafi zropieć w ciągu paru dni.

Pierwsza godzina – jak myśleć, gdy coś się stało

Mam prosty schemat, którego uczę grupy. Najpierw ocena: czy poszkodowany jest przytomny, czy oddycha, czy nie ma gdzieś pod kurtką krwotoku, którego z daleka nie widać. Dopiero potem schodzę do szczegółów, bo kolejność ma znaczenie – kostka może poczekać dziesięć minut, krwotok z uda nie poczeka.

Następnym krokiem jest stabilizacja. Ciepło to absolutny priorytet w arktycznym klimacie, nawet w środku lata – folia NRC, dodatkowa warstwa, izolacja od ziemi, bo wychłodzenie przez podłoże zaskakuje ludzi częściej niż mróz w powietrzu. Do tego woda, opatrunek, chwila, żeby poszkodowany doszedł do siebie. Dopiero z tego punktu podejmuję decyzję, co dalej: idziemy o własnych siłach, zostajemy i czekamy, czy wzywamy pomoc. Każda z tych dróg ma swoje miejsce.

Pomoc wzywam wtedy, gdy poszkodowany nie jest w stanie iść samodzielnie, gdy podejrzewam złamanie, uraz głowy, hipotermię umiarkowaną albo cokolwiek, co przekracza moje kompetencje. Robię to przez Garmina inReach – wciskam SOS i piszę krótko, co się stało – albo telefonem satelitarnym pod 112. W Szwecji ten numer uruchamia Fjällräddningen, czyli górskie pogotowie.

Co naprawdę umiem zrobić w terenie

Chcę uczciwie pokazać, jaki jest mój realny zakres jako przewodnika – nic ponad to, bo zabawa w lekarza w dziczy zwykle kończy się gorzej niż samo uszkodzenie.

Przy skręceniu kostki zdejmuję but tylko wtedy, gdy widzę, że puchnie błyskawicznie. Stabilizuję taśmą elastyczną i daję ibuprofen. Jeśli mamy w pobliżu strumień, można krótko, kilka minut z przerwami, schłodzić nogę – ale długiego okładu lodowatą wodą w arktycznym klimacie nie ryzykuję, bo to droga prosta do problemów z krążeniem. Kij trekkingowy idzie jako podpora. Jeżeli osoba nie staje na nodze – zostajemy i wzywamy pomoc.

Z pęcherzami zasada jest prosta: lepiej nie dopuścić niż leczyć. Przy pierwszym dyskomforcie naklejam plaster hydrokoloidowy albo zwyczajny leukoplast jedwabny. Jeśli pęcherz już się zrobił, w terenie go nie przebijam – opatrunek hydrokoloidowy i zmiana skarpet zwykle wystarczają, żeby dojść do końca dnia.

Przy łagodnej hipotermii działam wedle schematu, który nie jest skomplikowany: suche ubranie, nawet jeśli trzeba pożyczyć od reszty grupy, ciepły słodki płyn, śpiwór, namiot, izolacja od ziemi. Bez alkoholu – wbrew temu, co się czasem słyszy, alkohol rozszerza naczynia krwionośne i tylko pogarsza sprawę.

Skaleczenie przemywam czystą wodą, najlepiej przegotowaną lub przefiltrowaną, zakładam sterylny opatrunek i mocuję taśmą. Głębokie rany, zwłaszcza na udzie albo łydce, gdzie blisko jest sporo naczyń, obficie krwawiące opatruję opatrunkiem uciskowym i wzywam pomoc. W terenie nie szyję, nie ma do tego warunków.

Apteczka, którą sam noszę do Sareku

Nic egzotycznego się tam nie znajdzie, ale każdy element ma swoje uzasadnienie.

I jeszcze jedno – nic nie waży, a potrafi uratować skórę: zostaw plan wyprawy zaufanej osobie. Trasę, planowane miejsca biwaków, datę powrotu. Jeśli się nie odezwiesz o umówionej godzinie, ktoś będzie wiedział, gdzie zacząć szukać. W Sareku może to być ważniejsze niż zawartość samej apteczki.

Wróć do porad