Pierwsza wielodniowa wyprawa do Sareku to dla większości moich uczestników zderzenie z dość prostą prawdą: mapa kłamie. A raczej – mapa mówi prawdę o odległości, ale milczy o czasie, w którym tę odległość naprawdę da się pokonać. Największym wrogiem początkującego nie jest ani pogoda, ani niedźwiedź, tylko jego własny plan zrobiony przy biurku na podstawie linijki i mapy w skali 1:100 000. W tym artykule chcę pokazać, jak rozplanować dzienne etapy tak, żeby wyprawa skończyła się tam, gdzie powinna czyli w schronisku z herbatą, a nie z helikopterem na horyzoncie.
Realny dystans w Sareku – zapomnij o czterech kilometrach na godzinę
W Tatrach po znakowanym szlaku zdrowy człowiek z plecakiem robi dwadzieścia parę kilometrów dziennie i wraca do schroniska na obiad. W Sareku takich liczb po prostu nie ma, bo poza obrzeżami parku nie ma żadnych znakowanych szlaków. Jeśli idziesz fragmentem Kungsleden przy południowo-wschodniej granicy, możesz liczyć na coś koło osiemnastu, dwudziestu kilometrów dziennie. Jeśli wchodzisz w serce parku – w doliny Rapadalen, Sarvesvágge czy Guhkesvágge – twoje realne tempo to dwa, trzy kilometry na godzinę, a w trudnym terenie spada poniżej tego. W praktyce oznacza to dzień marszu długości może kilkunastu kilometrów, a w fragmentach kamiennych pól albo bagien często mniej.
Przelicznik terenu, który wycina ambicje
Zanim wpiszesz w plan „dziś przejdziemy piętnaście kilometrów”, sprawdź, po czym właściwie idziesz. Z mojego doświadczenia orientacyjny przelicznik wygląda mniej więcej tak.
- Kilometr płaskiej tundry to mniej więcej kilometr szlaku znakowanego w Beskidach – idziesz w miarę normalnie.
- Kilometr kamiennego pola, po szwedzku blockfield, to już blisko dwa, dwa i pół kilometra zwykłego szlaku – każdy krok pod kontrolą, każda kostka pod kontrolą.
- Kilometr mokrego bagna, czyli myr, to dwa do trzech kilometrów szlaku – buty mokre po pierwszym kilometrze, a energia ucieka znacznie szybciej, niż się człowiek spodziewa.
- Kilometr krzaczastej wierzbiny, vide, to mniej więcej trzy kilometry szlaku – gałęzie sięgają pasa, plecak co chwilę zaczepia o coś z boku.
- Przeprawa rzeczna to godzina, a bywa, że i więcej, doliczone do dnia, niezależnie od tego, ile zaplanowałeś kilometrów.
Spójrz teraz na mapę swojej wyprawy i policz uczciwie. Często okaże się, że dzień, który wyglądał na „lekkie kilkanaście kilometrów”, w przeliczeniu na szlak to dwa razy tyle.
Bufory i sztuka mówienia „dziś dalej nie idę”
Na siedmiodniową wyprawę pakuję żywność na siedem dni plus dwa dni rezerwy – razem dziewięć racji. W Sareku statystycznie co drugi dzień latem pada deszcz, a raz na wyprawę zdarza się dzień, w którym po prostu nie da się ruszyć z miejsca – bo rzeka wezbrała, mgła ogranicza widoczność do kilkudziesięciu metrów albo grupa potrzebuje odpoczynku. Zasada robocza, którą sam stosuję, jest prosta: jeden dzień buforowy na każde cztery, pięć dni trasy.
Równie ważna jak bufor dni jest umiejętność zatrzymania się w trakcie. Kończę dzień wcześniej, kiedy:
- mgła ogranicza widoczność w terenie kamienistym – ryzyko skręconej kostki rośnie wtedy bardzo szybko;
- rzeka, którą mam przejść, sięga powyżej kolan i ma mocny nurt – czekam do rana, kiedy poziom zwykle opada;
- spóźniam się ponad dwie godziny względem planu – to sygnał, że plan był za ambitny, a nie że trzeba go gonić;
- czuję poważne zmęczenie jeszcze sporo przed planowanym obozem – bo kontuzje biorą się właśnie z tych ostatnich kilometrów robionych na siłę.
Rytm dnia – start, marsz, obóz
Dobrze rozplanowany dzień w Sareku zaczyna się rano, ale bez przesady – zwykle gdzieś między siódmą a ósmą. Jakieś pięćdziesiąt minut marszu, dziesięć minut przerwy, dłuższa pauza na lunch, godzinę lub coś koło tego, gdzieś między dwunastą a wpół do drugiej. Ostatnia godzina marszu należy do szukania biwaku z marginesem czasu – nigdy nie idę „aż znajdę miejsce”, bo wtedy zawsze okazuje się, że jest jeszcze kawałek dalej. Obóz powinien stać najpóźniej na jakieś dwie godziny przed zmrokiem, żeby zostało światło na rozbicie namiotu, gotowanie obiadu/kolacji i wysuszenie skarpet.
Najczęstszy błąd, jaki widzę u osób planujących pierwszą wyprawę, jest bardzo prosty: rysują linię prostą na mapie, dzielą przez cztery i wpisują wynik w kalendarz. Sarek tego nie wybacza. Lepiej wrócić z wyprawy o dzień wcześniej z zapasem jedzenia niż o dzień później z odmrożeniem.
Wróć do porad